Jakżem szczęśliwy! Jady moją krew przeżarły,
Śmiercią zagraża mi los bezlitosny!...
Daj Bóg, by to sie stało!... Bo umarły...
Nie zna udręki miłosnej.
Wśród sześciu - z desek - ścian osamotniony
Przez wszystkich zapomniany, opuszczony,
Wołania sławy nie usłyszę,
Nawet twój głos nie wtargnie w moja ciszę!...


Kochali się wzajem tak tkliwie i stale,
Trawieni gorączką w tęsknocie i szale!
Lecz bali sie wyznać w spotkaniach, jak wrogi,
I były i zimne i czcze ich dialogi.
Rozstali sie w niemym i dumnym cierpieniu,
Li czasem się widząc w snów lubych marzeniu...
Śmierć wreszcie nadeszła - ujrzeli się w niebie,
Lecz tam juz obcymi zostali dla siebie.