Kochali się wzajem tak tkliwie i stale,
Trawieni gorączką w tęsknocie i szale!
Lecz bali sie wyznać w spotkaniach, jak wrogi,
I były i zimne i czcze ich dialogi.
Rozstali sie w niemym i dumnym cierpieniu,
Li czasem się widząc w snów lubych marzeniu...
Śmierć wreszcie nadeszła - ujrzeli się w niebie,
Lecz tam juz obcymi zostali dla siebie.


Dusza ma wkrótce ziemskie odrzuci kajdany.
Może już twego wzroku ujrzeć mi nie dane,
Miłego wzroku, w którym jak gwiazda nadziei
Dla mych rywali czułość twoja promienieje.
Życzę im szczęścia. Grzechem byłoby cię winić
Że mi wzbronione wszytsko, co dostają inni.
Lecz jesli miłość do mnie chciałaś skryć głęboko,
Kochać w milczeniu, łudząc mnie chłodu powłoką,
Jeśli mnie drwiącym uśmiechem pragnęłaś poruszyć,
Żal i tęsknotę tłumiąc w przepełnionej duszy,
Niechaj ci moje mroczne ukaże spojrzenie,
Czyja wina jest większa i większe cierpienie.